Wysłany: 03-11-2006, 10:40 Tolkien i Polacy: Przemysław Mroczkowski
Na Forum pisaliśmy już o profesorze Mroczkowskim, który miał okazję bywać na spotkaniach Inklingów, znał Tolkiena osobiście itd. Może pomożecie mi tu zebrać linki ze wzmiankami o profesorze Mroczkowskim?
Tymczasem z nowej książki Hammonda i Scull pt. The J.R.R. Tolkien Companion And Guide, t. I Chronology dowiedziałem się, że gdyby nie wahania samego Tolkiena, profesor Mroczkowski już w 1958 roku zająłby się tłumaczeniem na polski Hobbita i Władcy Pierścieni! 2 czerwca 1958 Tolkien powiedział Mroczkowskiemu, żeby w sprawie polskiego wydania tych książek kontaktował się raczej z wydawnictwem, a nie z nim samym. Czytamy, że Tolkien wierzył w anglojęzyczne umiejętności Mroczkowskiego, ale nie wiedział, czy dobrze sobie poradzi z polskim tekstem, czyli czy jest dobrym tłumaczem.
_________________ Odbicie piękna jak odbicie światła ma w sobie specyficzny urok – gdyby nie to, nie zostalibyśmy zapewne stworzeni.
O prof. Mroczkowskim i Tolkienie traktuje artykuł Opowieść o dwóch mediewistach - profesor Tolkien i profesor Mroczkowski pióra Dariusza Piwowarczyka (na Niezapomince). Nie jest on zbyt długi, ale jest wart przeczytania. Jeżeli ktoś jeszcze nie czytał: http://home.agh.edu.pl/~e...mroczkowski.htm
Ostatnio zmieniony przez Galadhorn 03-11-2006, 22:41, w całości zmieniany 1 raz
Tutaj oraz ostatnio na Niezapomince pisałem o krytycznych uwagach Tolkiena wobec polskich okładek jego książek. Ciekawe jest to, że w roku 1963, podczas swoich wizyt u Profesora, Mroczkowski wyjaśniał, że:
Cytat:
the treatment of the text is not akin to the cover.
czyli, że sposób w jaki potraktowano w polskim przekładzie tekst książki jest zupełnie inny niż te okładki. Należy to rozumieć jako pochwałę profesora Mroczkowskiego dla przekładu Marii Skibniewskiej.
Oto wszystkie miejsca, gdzie w Companion and Guide pisano o profesorze Mroczkowskim:
I 528: 2 czerwca 1958 - Przemysław Mroczkowski (ang. Przemysl Mroczkowski) jako szef Wydziału Anglistyki KUL po mniej więcej roku pobytu w Oksfordzie, gdzie przebywał na stypendium naukowym, odwiedza Tolkiena i proponuje mu, że mógłby na polski przełożyć Hobbita i WP.
I 564: 23 listopada 1960 - Tolkien po otrzymaniu egzemplarzy polskiego Hobbita ma nadzieję, że "jego przyjaciel profesor Mroczkowski z Krakowa" skomentuje dla niego ten przekład.
I 602: 7 grudnia 1962 - w tym roku ukazał się Festschrift z okazji 70. rocznicy urodzin Tolkiena. Profesor pragnie wysłać jeden egzemplarz tej pamiątkowej publikacji do Mroczkowskiego.
I 611: 1 listopada 1963 - Mroczkowski zapewnia Tolkiena, że przekład WP jest dobry (piszę o tym wyżej).
Wspomniano też (I 607), że w sierpniu 1963 r. Tolkiena odwiedzali goście z kilku krajów, w tym z Polski. Może to sam profesor Mroczkowski? A może ktoś z Wydawnictwa Czytelnik?
I to niestety wszystko, co o profesorze Mroczkowskim podaje dwutomowe Companion and Guide. Dla nas najpełniejszym na razie opracowaniem nt. związków profesora z Oksfordu z profesorem z Krakowa jest artykuł Dariusza Piwowarczyka pt. Opowieść o dwóch mediewistach - profesor Tolkien i profesor Mroczkowski z jednego z Gwaihirów.
Ogłaszam też quest w poszukiwaniu tych artykułów i tekstów:
- Mroczkowski Przemysław, "Uczoność i wyobraźnia w Oxfordzie", Tygodnik Powszechny nr 40, 1973;
- "Oksfordzcy mistrzowie wyobraźni". Z prof. Przemysławem Mroczkowskim rozmawia Tomasz Fiałkowski, Tygodnik Powszechny nr 14, 1994.
- Gibińska Marta, Tabakowska Elżbieta, "Prof. dr hab. Przemysław Mroczkowski (28 VI 1915 – 12 VII 2002). Pomnik z krwi i kości", Tygodnik Powszechny nr 30, 2002.
Oraz: Gibińska Marta "Święto Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prof. Przemysław Mroczkowski – sylwetka", Acta Universitatis Iagiellonicae, nr 9 (225), rok XV, maj 1998 (Biuletyn UJ – maj 1998).
Jeżeli jesteście w posiadaniu tych tekstów, bardzo, bardzo prosimy o skany lub ksero.
Edit:
Jeden z poszukiwanych tekstów:
Cytat:
Prof. dr hab. Przemysław Mroczkowski (28 VI 1915 – 12 VII 2002)
Pomnik z krwi i kości
Marta Gibińska, Elżbieta Tabakowska
Dorobek naukowy Profesora Mroczkowskiego jest pomnikiem jego ogromnej wiedzy i kultury literackiej, pomnikiem wielkiego uczonego. Właśnie takie pomniki odlewa się ze spiżu. Ale w naszej pamięci zachowa się także obraz człowieka z krwi i kości – zbudowany z ulotnych słów, zapamiętanych fragmentów rozmów, z miarowych uderzeń dłoni o stół, wybijających rytm chaucerowskiego wiersza, który po kilkudziesięciu latach potrafimy zacytować...
Osiemnastego lipca koledzy, przyjaciele i uczniowie pożegnali Profesora Przemysława Mroczkowskiego. Jego odejście po długim i bardzo pracowitym życiu oznacza nieodwołalnie koniec pierwszego etapu rozwoju polskiej anglistyki, anglistyki XX wieku. Pionierem studiów anglistycznych w Polsce był Roman Dyboski. Przemysław Mroczkowski był jego uczniem, a potem kontynuatorem na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Urodził się w Krakowie 28 czerwca 1915 roku. Maturę o profilu ogólnohumanistycznym otrzymał w roku 1933 w IV Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza w Krakowie. W tym samym roku rozpoczął studia na filologii romańskiej na Wydziale Filozoficznym UJ; ukończył je w roku 1933, broniąc pracy magisterskiej pisanej pod kierunkiem prof. Władysława Folkierskiego. Jednocześnie rozpoczął studia pod opieką prof. Romana Dyboskiego na filologii angielskiej. Ten drugi kierunek ukończył dopiero po wojnie, uzyskując drugi tytuł magistra w roku 1946, już po śmierci prof. Dyboskiego.
Na początku wojny zmobilizowany do pułku artylerii ciężkiej, odbył kampanię wrześniową, potem powrócił do Krakowa, gdzie wkrótce został aresztowany i spędził kilka tygodni w więzieniu na Montelupich. Resztę okupacji przeżył z dala od Krakowa, zarabiając na życie lekcjami języków. Po wojnie pracował krótko jako anglista, najpierw w II Gimnazjum im. Jana III Sobieskiego, a potem jako lektor na AGH. W roku akademickim 1946/47 był stypendystą na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych i Anglii. Wyjazd zaowocował doktoratem, którego bronił pod opieką następcy Romana Dyboskiego, Władysława Tarnawskiego z końcem roku 1947. Wkrótce potem podjął pracę na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie przez kilkanaście lat kierował anglistyką. Tam też w roku 1951 uzyskał habilitację. Do Krakowa powrócił w początkach lat 60.; od roku 1963 kierował reaktywowaną Katedrą Filologii Angielskiej, a od roku 1975 do 1981 pełnił funkcję dyrektora Instytutu Filologii Angielskiej. Na emeryturę przeszedł w roku 1985, pozostając czynnym naukowcem i nauczycielem akademickim jeszcze przez kilka lat. W roku 1998 w Auli Collegium Maius odbyło się uroczyste odnowienie doktoratu Profesora.
Był czynny również w Polskiej Akademii Nauk, a po przywróceniu działalności Polskiej Akademii Umiejętności został wybrany na członka czynnego PAU i energicznie zabrał się do organizowania Komitetu Neofilologicznego. Przez ostatnie cztery lata życia choroba nie pozwoliła mu, niestety, uczestniczyć w życiu naukowym Krakowa.
Dorobek Profesora to przede wszystkim książki. Wymienić tu należy obszerną monografię o wielkim poecie czternastego wieku, Geoffreyu Chaucerze, opublikowaną po polsku i po angielsku; mistrzowskie opracowanie (tłumaczenie i redakcja) średniowiecznego poematu Langlanda „Widzenie o Piotrze Oraczu”; obszerne eseje o św. Franciszku i św. Tomaszu z Akwinu; tom szkiców „Szekspir elżbietański i żywy”; dwa tomy esejów historycznoliterackich „Katedry, łyki i minstrele” oraz „Dżentelmeni i poeci”; tom szkiców poświęconych Conradowi; dwa tomy poświęcone Chestertonowi. Należy tu też koniecznie wymienić „Zarys historii literatury angielskiej”, pierwszą po podręczniku Dyboskiego próbę syntezy dziejów literatury brytyjskiej. O tym, jak potrzebna była to pozycja, świadczą wznowienia, szczególnie to ostatnie, uzupełnione przez młodszych kolegów z Instytutu.
Główna droga naukowa Przemysława Mroczkowskiego wiodła przez średniowieczną Europę. Kultura i literatura tego okresu była największą i stałą fascynacją Profesora. Tu właśnie połączył swoją znajomość literatury francuskiej i angielskiej, tu najpełniej zaowocowało jego wykształcenie „podwójnego” filologa. Pisał o Chaucerze, który był Europejczykiem swojego czasu, ze znawstwem i ogromną erudycją, także z miłością, która pozwoliła mu przetłumaczyć wspaniałą „Opowieść Rycerza” z wielkim kunsztem i elegancją. Opracowanie trudnego wizyjno-alegorycznego poematu Langlanda jest jedną z ważniejszych pozycji w bibliografii europejskiej tego utworu. Liczne artykuły i eseje publikowane za granicą bardzo prędko znalazły uznanie wśród mediewistów europejskich i amerykańskich. Jego naukowe przyjaźnie przywiodły wielu uczonych do Krakowa, wykłady wybitnych naukowców były stałym punktem działalności krakowskiej anglistyki, umieszczając ją tym samym na mapie naukowej świata. Najbardziej pamiętnym wydarzeniem było zorganizowanie w roku 1977 w naszym Instytucie Międzynarodowego Sympozjum Anglistów-Mediewistów. Pozwoliło ono jego uczniom nawiązać pierwsze ważne, bo osobiste, kontakty naukowe.
Echa średniowiecza tropił Profesor w późniejszej literaturze angielskiej, szczególnie dziewiętnastowiecznej, poszukując ich w twórczości religijnej prerafaelitów, w twórczości i poglądach Chestertona, w nowoczesnym przetworzeniu myśli i wiary Newmana. Ideały średniowiecznej literatury wiodły go też do szukania prawdy i najwyższych wartości w prozie Józefa Conrada Korzeniowskiego i w twórczości T.S. Eliota, szczególnie w jego dramatach. Podziwiał i propagował twórczość C.S. Lewisa oraz Tolkiena, tego ostatniego polecając w obszernych recenzjach z polskich tłumaczeń ukazujących się we wczesnych latach 60.
Poważną pozycję w zainteresowaniach naukowych Profesora stanowił renesans. Był świetnym znawcą Szekspira, gruntownie obznajomionym z anglosaską krytyką wielkiego dramaturga. Owocem tego był tom esejów „Szekspir elżbietański i żywy” (1966). Szekspir Profesora był inny niż Szekspir Jana Kotta, czytany nie tyle z perspektywy wystawień we współczesnym teatrze, ile z perspektywy uczonego humanisty i filologa. Polski Szekspir był więc w latach 60. obecny bogato i wielorako. Szekspirowska fascynacja towarzyszyła Profesorowi do końca jego kariery: w roku 1992 wziął udział w sesji naukowej, w czasie której zostało zawiązane Polskie Towarzystwo Szekspirowskie. Stał się tym samym jego członkiem-założycielem, a wkrótce Towarzystwo mianowało Go członkiem honorowym.
W zainteresowaniach naukowych Profesora wysokie miejsce zajmowały myśl i twórczość Morusa, a szczególnie jego „Utopia”. Był członkiem Międzynarodowego Stowarzyszenia Thomasa More’a, publikował na temat „Utopii”, także po francusku.
Opracowaniom naukowym towarzyszyły stale przekłady tekstów literackich, które były jednocześnie najlepszą popularyzacją literatury angielskiej. To Profesorowi zawdzięczamy w dużej mierze polską obecność Chestertona oraz poezji najważniejszego prerafaelity Dante Gabriela Rossettiego. Był też Profesor tłumaczem wykładów wielkiego dziewiętnastowiecznego kardynała Henry’ego Newmana. W uznaniu nie tylko roli Profesora w rozwoju filologii angielskiej, ale również jego niestrudzonej pracy popularyzującej kulturę i literaturę angielską w Polsce, przyznano mu wysokie odznaczenie brytyjskie, Order Imperium Brytyjskiego (OBE).
Newman i Chesterton byli często przywoływani w dyskusjach i publikacjach Profesora na temat istoty katolicyzmu. Bowiem ważnym dopełnieniem dorobku Profesora Mroczkowskiego są jego publikacje na temat chrześcijaństwa. Zabierał wielokrotnie głos w sprawach liturgii, kształtu katolicyzmu, wiary i roli wiary w kulturze. W 1957 roku wydał „Znaki na głębiach”, tom esejów poświęconych liturgii.
Jeszcze jednym wątkiem dorobku Profesora był problem edukacji i nauczania uniwersyteckiego. Szczególnie bliska była mu oczywiście problematyka neofilologii na polskich uniwersytetach. Podkreślał absolutną konieczność wprowadzania wartości humanistycznych, wskazywał na najlepsze tradycje europejskie, a szczególnie na myśli Newmana na temat istoty kształcenia uniwersyteckiego. Sam miał okazję dwukrotnie własną postawą zademonstrować niezłomną wiarę w to, czym jest uniwersytet: było to w latach 1968 i 1980, kiedy wydarzenia polityczne wymagały niedwuznacznej definicji własnych przekonań. Profesor stał po stronie prawości, uczciwości, demokracji i wolności.
Oto wizerunek-legenda, wizerunek-pomnik, który z pewnością znajdzie się w licznych leksykonach i podręcznikach. Wizerunek znany tym, którzy czytali jego książki, słuchali jego wykładów i wystąpień na prestiżowych konferencjach. Profesor-nauczyciel zawsze wzbudzał szacunek swoją ogromną wiedzą i powagą. Ale w pamięci tych, którym dane było pracować pod jego kierunkiem lub zasłużyć na jego przyjaźń, zachował się także wizerunek inny: człowieka o wielkim poczuciu humoru, pięknym głosie, talencie aktorskim, nie pozbawionego też momentów gorszego nastroju i zwykłych ludzkich słabostek. Wymagał bezwzględnego uznawania uniwersyteckiej hierarchii i zasady decorum. Jego asystentkom, których młodość zbiegła się z okresem mody mini, trudno było czasem przyjąć żartobliwie uszczypliwe uwagi na temat ich makijażu czy stroju („Pani Elu, może dałoby się jakoś wyciągnąć średnią z tej spódniczki mini i płaszcza maxi?”). Nieraz zastanawialiśmy się, jak zareagowałby na zachowanie studenta, który na zajęciach żuje gumę lub zjawia się na egzaminie w szortach i sportowej koszulce („Panie Adamie, chyba ta koszula flanelowa w kratę nie jest odpowiednim strojem na seminarium?”).
Ale jednocześnie potrafił nas zaskakiwać radością życia, humorem i werwą podczas nieformalnych spotkań. Często inicjował wycieczki, głównie w podkrakowskie skałki – przedwojenny dżentelmen w sportowej koszuli i pumpach, z nieodłącznym archaicznym plecaczkiem. Miał wielki talent parodystyczny, lubił śpiewać i recytować. Jego ulubiona pieśń „Turcja, Turcja” znana była w jego wykonaniu na co najmniej dwu kontynentach. Ten aspekt jego osobowości miał zresztą ogromne znaczenie w inspirowaniu studenckiego teatru: zarówno w Lublinie, jak i w Krakowie odbywały się regularnie przedstawienia teatralne, w których Profesor niejednokrotnie sam brał udział. Wystawialiśmy głównie Szekspira. Chyba wszyscy jego uczniowie – teraz szacowni profesorowie różnych uniwersytetów i wykładowcy różnych szkół – wspominają te teatralne igraszki nie tylko jako świetną zabawę, ale i jako wielkie przeżycie edukacyjne i integracyjne. Na uniwersytecie w Bazylei wciąż jeszcze pamięta się występy Krakowskiego Teatru Anglistów z lat 70. Dziś na krakowskiej anglistyce uczymy Szekspira, zachęcając studentów do poznawania jego geniuszu przez próby inscenizacji i do dziś, mimo wszelkiej „postmoderny”, takie zajęcia spotykają się z entuzjazmem studentów.
Renesansowa maksyma „dulce et utile” była jego życiową zasadą, którą i nam wpajał. Uczyć i bawić – w pracy i w życiu. Przepisywanie „po godzinach” tekstów Newmana na maszynie do pisania, w którą wkręcaliśmy niezliczone przebitki, to niewątpliwie było „utile”. Poznawanie brytyjskiej kultury podczas sławetnych Christmas Parties w Krzysztoforach, gdzie podawano Christmas pudding – to było „dulce”.
„Interdyscyplinarność” i „globalizm” to dziś powszechnie używane (i nadużywane) słowa-klucze. Dla Profesora Mroczkowskiego miały prawdziwy sens: będąc już na emeryturze, zainicjował nieformalne spotkania naukowe, znane jako Klub Mediewistów, integrujące wiele nauk. Spotykaliśmy się w latach 80. w ciasnym pokoiku Profesora w Collegium Paderevianum, czasem w gościnnym gabinecie ś. p. prof. Wojciecha Bartla w Katedrze Historii Prawa lub w Instytucie Historii u prof. Jerzego Wyrozumskiego, by przy herbacie rozmawiać o cywilizacji średniowiecza i jej promieniowaniu na późniejsze epoki historii Europy. Dzięki inicjatywie Profesora młodzi humaniści mogli nie tylko wysłuchiwać referatów najznakomitszych profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale z nimi rozmawiać, wspólnie myśleć i nie bać się wymieniać poglądów. W spotkaniach tych uczestniczyli m.in. profesorowie Zofia Włodkówna, Anna Drzewicka, Anna Różycka-Bryzek, Tadeusz Ulewicz, Lech Kalinowski, Władysław Stróżewski, Marian Plezia. Była to najwspanialsza „szkoła habilitacyjna”.
Dorobek naukowy Profesora Mroczkowskiego jest pomnikiem jego ogromnej wiedzy i kultury literackiej, pomnikiem wielkiego uczonego. Właśnie takie pomniki odlewa się ze spiżu. Ale w pamięci tych, którzy Profesora znali i którzy mieli szczęście obcować z nim na co dzień, zachowa się także obraz człowieka z krwi i kości – pomnik wystawiony nieprzeciętnym talentom i nieprzeciętnej osobowości, zbudowany z ulotnych słów, zapamiętanych fragmentów rozmów, z miarowych uderzeń dłoni o stół, wybijających rytm chaucerowskiego wiersza, który po kilkudziesięciu latach potrafimy zacytować...
Autorki są anglistkami, uczennicami prof. Przemysława Mroczkowskiego, a obecnie profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego. Marta Gibińska jest dyrektorem Instytutu Filologii Angielskiej UJ. Elżbieta Tabakowska kieruje Podyplomowym Studium dla Tłumaczy przy UJ; w swoim dorobku ma m. in. przekłady „Bożego igrzyska” i „Europy” Normana Daviesa.
Pomogła: 87 razy Dołączyła: 27 Gru 2006 Posty: 2083
Wysłany: 04-07-2008, 11:52
Profesor Mroczkowski niewątpliwie był ważną postacią. O jego udziale w wydaniu WP w Polsce pisze też TAO w swoim artykule dla Aiglosa o historii wydawania WP w Polsce:
Tadeusz A. Olszański, Polska historia Władcy Pierścieni, [w] Aiglos VI, str. 15 napisał/a:
Z propozycją przełożenia Władcy Pierścieni na polski wystąpił Przemysław Mroczkowski*, który najpewniej otrzymał ją od kogoś ze swych oksfordzkich znajomych (Mroczkowski był w 1947 r. na stypendium w Oksfordzie)**. Zatem prawdopodobnie to on też sprawił, że książka trafiła do jednego z najlepszych wówczas polskich wydawnictw literackich, Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik". Prawdopodobnie Mroczkowski promował też w Polsce inne dzieła Tolkiena.
*Patrz: Przemysław Mroczkowski, "Wielka baśń o prawdach" [w] "Przegląd Kulturalny" nr 49/1961. Tekst ten jest pierwszą polską recenzją Władcy Pierścieni
**Prof. Przemysław Mroczkowski (1915 - 2002), jeden z najwybitniejszych polskich znawców literatury angielskiej, dyrektor Instytutu Filologii Angielskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, poznał Tolkiena w 1956 r. (podczas kolejnego pobytu w Anglii), a przedstawiony, powiedział doń: "I come from Mordor" ('Przybywam z Mordoru'). Profesor korespondował później z nim i jego córką (patrz: Przemysław Mroczkowski, "Uczoność a wyobraźnia w Oxfordzie" [w] "Tygodnik Powszechny" nr 40 z 1973 r., gdzie także fragmenty listów Tolkiena oraz "Oksfordzcy mistrzowie wyobraźni" [w] "Tygodnik Powszechny" nr 14 z 1994 r.)
Pomogła: 87 razy Dołączyła: 27 Gru 2006 Posty: 2083
Wysłany: 09-08-2008, 11:19
Ku mojemu zaskoczeniu Przemysław Mroczkowski był nie tylko znajomym Tolkiena, ale jego dobrym przyjacielem. Świadczy o tym całkiem spora wzmianek o nim w biografii Tolkiena pióra Grotty. Grotta nie Polak, więc żadnej korzyści nie miałby z tak częstego wspominania o Mroczkowskim.
Daniel Grotta, Tolkien - twórca Śródziemia, str. 95 napisał/a:
Być może najbardziej wnikliwą ocenę umiejętności retorycznych Tolkiena dał człowiek, dla którego angielski nie jest językiem ojczystym, a mianowicie Przemysław Mroczkowski, polski naukowiec, który zaprzyjaźnił sie z Tolkienem wkrótce po II wojnie światowej, a obecnie wykłada filologię angielską na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. "Tolkiena bardzo trudno było zrozumieć, ponieważ mówił okropnie niewyraźnie. Osobiście uważam, że najwyższym sprawdzianem dla filologa angielskiego spoza Wielkiej Brytanii była próba zrozumienia Tolkiena. Jeśli przeszedł ją pomyślnie zasługiwał na specjalny doktorat albo coś podobnego. Tolkien nie troszczył się o to, by mówić wyraźnie; po prostu zakładał, że wszyscy bez trudu go zrozumieją."
Co do użycia w cytacie wyżej słowa "obecnie". Książka została wydana w roku 1976, drugie wydanie w 1978, trzecie 1992. Polskie tłumaczeni, którym się posługuję jest datowane na rok 1998.
Daniel Grotta, Tolkien - twórca Śródziemia, str. 99 napisał/a:
Chociaż Lewis nie wspominał o roli, jaką Tolkien odegrał w jego powrocie do chrześcijaństwa, w latach pięćdziesiątych ten ostatni powiedział swojemu przyjacielowi Przemysławowi Mroczkowskiemu (również żarliwemu katolikowi), że miał w tym swój niezaprzeczalny udział.
Daniel Grotta, Tolkien - twórca Śródziemia, str. 118 napisał/a:
Tolkien powiedział swojemu przyjacielowi Przemysławowi Mroczkowskiemu, również katolikowi, że chleb podróżny albo lembas, który elfowie dają hobbitom na drogę, jest w istocie Eucharystią. Mroczkowski wysunął w związku z tym sugestię, że jeśli chleb podróżny jest Eucharystią, to Pani Galadriela musi reprezentować Dziewicę Maryję. Tolkien nie chciał potwierdzić słuszności tego wniosku, zarazem jednak nie uznał go za fałszywy.
Prof. Mroczkowski znał nie tylko Tolkiena, ale także innych członków grupy The Inklings, choćby profesora Oksfordu C.L. Wrenna:
Daniel Grotta, Tolkien - twórca Śródziemia, str. 154 napisał/a:
Mówiono nawet: "Lewis publikował za dużo, a Tolkien za mało". Potwierdza to członek grupy The Inklings i profesor Oksfordu C.L. Wrenn, który powiedział kiedyś profesorowi Przemysławowi Mroczkowskiemu: "Tolkien to geniusz! Gdyby tylko odpowiednio do tego pisał, jakichż cudów mógłby dokonać".
Pisownia "jakichż", wyglądająca nieco niepoprawnie, zachowana za książką.
Fragment jednego z listów do Mroczkowskiego od Tolkiena, dotyczący negocjacji z wydawnictwem:
Daniel Grotta, Tolkien - twórca Śródziemia, str. 178 napisał/a:
W liście do przyjaciela z Polski, Przemysława Mroczkowskiego, opisywał przebieg negocjacji, stwierdzając dumnie: "Byłem twardy i nie przebierałem w słowach".
Wygląda na to, że dzięki profesorowi Mroczkowskiemu dowiedzieliśmy się nieco więcej o Śródziemiu i biografii Tolkiena.
Streszczenie listów możemy znaleźć w Tygodniku Powszechnym:
http://tygodnik.onet.pl/33,0,28221,1,artykul.html
Autorką artykułu jest Joanna Petry Mroczkowska - czy to jakaś rodzina prof. Mroczkowskiego?
Jako że takie teksty lubią po wielu latach znikać z sieci, pozwalam sobie zacytować cały artykuł pani Joanny Petry Mroczkowskiej (córki profesora? czy to ona sprzedała na aukcji korespondencję Lewisa i Tolkiena z Mroczkowskim?):
Artykuł z Tygodnika Powszechnego nr 24 (3127), 14 czerwca 2009
Cytat:
Przybysz z Mordoru
Autor „Władcy pierścieni” nie lubił komentować swoich dzieł.W korespondencji z Przemysławem Mroczkowskim odstępuje jednak od tej zasady.
Data 9-10 listopada 1957 r., pospieszne pismo, nieco fantazyjne, wykaligrafowane czarnym atramentem litery, równe linijki na kremowym papierze niezbyt dużej kartki: „Zrobiłem, co mogłem. Czerwony atrament oznacza zmiany i poprawki, które poważnie proponuję. Większość właściwie dotyczy stylu i tonu. Mam nadzieję, że można je odczytać. Są też dopiski zrobione ołówkiem, mam nadzieję, że czytelne...”.
Słowa te dotyczą uwag poczynionych – sumiennie, metodycznie, ze znawstwem – na maszynopisie kilkustronicowej rozprawki na temat recepcji Chaucera, autorstwa dr. hab. Przemysława Mroczkowskiego. Jesienią 1957 r., po Październiku, polski anglista przyjechał z rodziną na roczne stypendium British Council do Oksfordu. Ułatwiły je m.in. interwencje angielskiego powieściopisarza i dramaturga Grahama Greene’a, z którym Mroczkowski – na ile to było możliwe przy takiej odległości i licznych przeszkodach – utrzymywał kontakt (autor „Mocy i chwały” odwiedził kilka miesięcy wcześniej Polskę i poznał Mroczkowskiego, który w niebywale trudnych warunkach organizował filologię angielską w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim).
Cytowany passus pochodzi z listu J.R.R. Tolkiena, językoznawcy i mediewisty, od 1925 r. wykładowcy w Oksfordzie, autora „Hobbita” i „Władcy pierścieni”. Mroczkowski znał te powieści, myślał nawet o ich przełożeniu na polski. W Oksfordzie przedstawił się Tolkienowi: „Jestem przybyszem z Mordoru”. Pisarz aluzję docenił, ale był powściągliwy i żadnych tematów politycznych nie poruszał. Dla niego Mordor był miejscem bardziej uniwersalnym, a „mordorskość” kojarzył z brzydotą. Tak właśnie określił ilustracje w polskim wydaniu „Władcy pierścieni”; Mroczkowski zapewniał go wówczas, że owa „mordorskość” nie dotyczy przekładu Marii Skibniewskiej.
Po pierwszym liście do Mroczkowskiego, Tolkien kilka dni później napisał następny. Wyraził żal, że nie może skorzystać z zaproszenia na obiad do Mroczkowskich: informował, że jego żona Edith słabo się czuje, a on sam jest bardzo zajęty, ale prosił, by się nie zniechęcać, „może się uda następnym razem, bo do Ameryki – jeśli w ogóle – wyjadą najwcześniej w połowie marca”... „A poza tym – pisał – nie rozumiem użycia przez Pana słowa »śmiały«. Przecież niezwykle miło z Państwa strony, że w ogóle się o nas troszczycie. Jesteśmy tak mało znaczącymi ludźmi. I mam nadzieję, że tak jak ja ośmieliłem się zwracać do Pana, jako do kolegi, bez używania tytułu naukowego, i Pan podobnie postąpi. Bardzo proszę”.
Niewątpliwie ta serdeczność miała związek ze wspólnotą wyznawanej religii. Tolkien podkreślał swoją solidarność z „kolegami, członkami Kościoła »dalej na wschód«”. Z Mroczkowskim łączyło go zresztą znacznie więcej: twarde warunki życia, przeciążenie w pracy pedagogicznej, wyrzeczenia i trudy pracy naukowej, obowiązki rodzinne, choroby i operacje. Obaj byli ludźmi skromnymi, niedbającymi o błahe sprawy codzienności. Obaj byli naukowcami-entuzjastami, obaj konserwatystami: nie wierzyli w zbawczą siłę postępu.
W liście z listopada 1960 r. Tolkien dziękuje Mroczkowskiemu za piękne bibliofilskie wydanie „Pana Tadeusza”, przesłane bez żadnej – jak pisze – „zasługi z mojej strony”. Z listów jednak wynika, że parokrotnie starał się życzliwym gestem umilić stypendialny pobyt Mroczkowskiego, zmuszonego do zaciskania pasa. Przy tej okazji pisze, że niestety nie zna polskiego. Za młodu nie wyszedł poza pierwsze kroki, a teraz już za późno.
W grudniu 1961 r. Tolkien dziękuje za informacje o świeżo wydanym polskim przekładzie „Hobbita”. Wytyka, że w holenderskim tłumaczeniu opuszczano całe zdania. Komentuje zainteresowanie esejem „On Fairy-Stories”: „Oxford University Press nie zachował się dobrze. Dochody miały być przeznaczone dla żony Charlesa Williamsa, ale Press pozwoliło, aby nakład został szybko wyczerpany, i odmówiło ponownego wydania, kiedy zaistniała potrzeba”. Skarży się na przejmujący angielski ziąb i kończy: „Masz moje błogosławieństwo we wszelkich przedsięwzięciach”.
W styczniu 1964 r. wspomina niedawną operację Mroczkowskiego i zapewnia o codziennych serdecznych myślach. Pisze, że dla niego rok 1963 był okropny, a 1964 zaczął się niewiele lepiej. Mówi o śmierci C.S. Lewisa, zresztą w dniu zamachu na prezydenta Kennedy’ego. Napomyka o poważnych kłopotach ze zdrowiem, opisuje kłopoty rodzinne, z rozwodem syna na czele.
Tolkien, co powszechnie wiadomo, nie lubił wdawać się w egzegezę swoich dzieł. W listach do Mroczkowskiego jednak odstępuje od tej zasady. Czytamy: „Jestem Ci wdzięczny za to, co piszesz o moim dziele, i myślę, że masz rację: ta równoczesność różnych płaszczyzn rzeczywistości zachodzących na siebie i wpływających jedna na drugą poprzez to, że się spotykają, była częścią mojego zamysłu, nie tyle zamierzonego, co głęboko odczuwanego. W przypadku Elfów jest to wyrażone bezpośrednio. Poza tym czuję również, że żadna konstrukcja ludzkiego umysłu, tak w sferze wyobraźni, jak i w wyższej filozofii, nie może zawierać wszystkiego, co istnieje, ani nawet zredukować tego wszystkiego, co konstruktor uważa za część swojej konstrukcji. Zawsze jest coś, co zostaje, coś, co – aby to wyjaśnić czy powiązać z resztą – wymaga innej lub większej konstrukcji. To jest jak „przedstawienie”, w którym – może nawet nie jest to dostatecznie wyraźne, aby zmącić uwagę czy zauroczyć widza – pojawiają się hałasy, nie należące do sztuki, jak skrzypnięcia sceny wyzwalające jakiś refleks, który nie ma bezpośredniego związku z przedstawieniem. Mogą one tylko być wytłumaczone lub powiązane ze sztuką poprzez odniesienie do innego świata albo innej płaszczyzny – dotyczącej autora, producenta i ich pomocników – scenarzystów i operatorów światła. Dlatego właśnie zostawiłem Toma Bombadila i nie manipulowałem przy nim, choć w Radzie Elronda kusiło mnie, aby włączyć go do wątku historycznego. Pytano mnie o niego (w formie wątpliwości lub narzekań). Widzę to tak – on po prostu pojawił się w którymś momencie i zachowywał się po swojemu. Ale nie należy do głównego wątku – choć ponieważ współistnieje, ma nań wpływ. Potrzebna byłaby inna większa »historia«, żeby go wytłumaczyć. Pierścień nie miał na niego żadnego wpływu, mógł nim lekceważąco żonglować, nie spodobał mu się. Był więc całkowicie poza zamkniętym kołem władzy, dominacji i wrogich układów, w które wplątane były wszystkie pozostałe istoty. Dałoby się go »przywołać do porządku« wycinając lub zmieniając fragment, ale nie mogłem tego zrobić. Wiem, że on się tak zachował, i negowanie tego, w obronie logiki, byłoby niesłuszne, a ta »logika« byłaby mniej realna niż tajemnica”.
W tym samym liście Tolkien ujawnia swoje poglądy na temat akademickiej krytyki: „Jestem pełen podziwu słysząc, że mimo choroby, masz siłę i wolę przekopywania się przez gruby tom »Wstępu do Chaucera«. Wiem, że to głównie z powodu lenistwa stronię od takich książek, ale także dlatego, że jestem sceptykiem co do ich wartości. Chyba że niechęć czy sprzeciw mogłyby nas pobudzić do jakiegoś własnego spostrzeżenia, które w przeciwnym razie pozostałoby uśpione. Jestem niestety bardzo nieuczonym człowiekiem – co teraz już nie ma znaczenia, ale to kazało mi uważać się za hochsztaplera, kiedy zajmowałem »katedrę« (z przypadku bardziej niż dla zasług). Oczywiście, dla własnego dobra przeczytam wszystko, co Ty, ze zbytnią skromnością, mi przyślesz. Boję się jednak, że nie mam dość wiedzy, by w użyteczny sposób to skomentować” (chodzi tu o „A Preface to Chaucer: Studies in Medieval Perspectives”, Princeton University Press 1962, dzieło prof. Duranta W. Robertsona – artykuł Mroczkowskiego poświęcony teoriom tego amerykańskiego uczonego komentował w 1957 r. Tolkien w akapicie przytoczonym na wstępie).
Zachowane listy od Tolkiena (niestety nie można ich zestawić z zaginionymi listami Mroczkowskiego) obejmują okres od listopada 1957 do kwietnia 1969 r.; stają się dłuższe i coraz bardziej osobiste. Jednak Tolkien sam kiedyś, przepraszając za krótki list, napisał, że gdyby na wszystkie listy miał odpowiadać, „tak jak na to zasługują”, nie zostałoby mu czasu na nic innego.
Młodszego o 17 lat przybysza-stypendystę z dalekiego kraju traktował jak partnera, ani z góry, ani protekcjonalnie. Angielskie powiedzenie głosi, że dżentelmen to człowiek, który z szacunkiem się odnosi do tych, którzy nie mogą mu wyświadczyć żadnej przysługi...
Dzięki Ringowi znalazł się grób Pani Marii Skibniewskiej. Kto wie, gdzie może być pochowany Przemysław Mroczkowski? Można by złożyć kwiaty lub zapalić lampkę na jego grobie w Dzień Zaduszny...
Edit:
Znalazłem: Profesor pochowany jest na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Internetowy lokalizator pozwolił mi ustalić, że grób Profesora znajduje się w kwaterze LXXXIX, w rzędzie 18, miejsce 2. Więcej informacji na LNDLN: http://www.elendilion.pl/...niecay-tydzien/
_________________ Odbicie piękna jak odbicie światła ma w sobie specyficzny urok – gdyby nie to, nie zostalibyśmy zapewne stworzeni.
Chciałem się wybrać na Rakowicki w przyszłym tygodniu, już po święcie, więc mogę się rozejrzeć i za Mroczkowskim.
_________________ - Jakże Eru mógłby wejść w świat, który sam stworzył, On który jest ponad miarę większy? Czy śpiewak może wkroczyć w swą opowieść a twórca w wykonany przez siebie wizerunek?
- On już jest w nim, tak samo jak i poza nim - powiedział Finrod
J.R.R.Tolkien, "Atrabeth Finrod Ah Andreth"
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum